Usłyszeć, by Zrozumieć Autyzm – pracownia komunikacji empatycznej

Pokora.

Rysuje, jak dla mnie, niezwykle oryginalnie. „Ma swoją wizję i kreskę”. A przy tym używa energetycznych kolorów. Efekt taki jakby na jej stoliku, każdego dnia był Dzień Dziecka. Plastyka to zdecydowanie jej wyróżnik. Aż buzia się cieszy patrząc na ten zawsze świeży zapał i zaangażowanie. Ale!

Złamanie!

Teraz wiem, jakim skarbem, jest każda samodzielnie wykonana czynność. Doceniam to i czynię jednym z filarów pracy wspierającej rozwój dzieci.

Listopad 2002r. Dwutygodniowy turnus rehabilitacyjny dobiega końca i spore zmęczenie daje o sobie znać. Zespół hipoterapeutów, po zajęciach z dziećmi, chce po prostu iść do domu.

Jako kierowniczka działu podejmuję decyzję: „Dobra. Wypuśćmy konie na wybieg, ale Naparstka przegalopuję w lesie. Nowy koń w stadzie, musi się rozprostować!”

Po kilku minutach, dostojnym stępem, odjeżdżam.
Na ścieżce między zagajnikami, zaczynam kłusować. Zapach opadłych, wilgotnych liści i zmurszałej trawy, wypełnia mój oddech, a słońce smaga policzki.

Gdy wtem!

Koń staje jak wryty!

Ani w przód, ani w bok. Przecież jestem dobrym jeźdźcem, co jest?

Odzyskuję świadomość szurając lewym bokiem po wybojach drogi. Zdezorientowana,
szukam punktu odniesienia, ale obrazy mkną zbyt szybko. Tętent galopu huczy mi w głowie; kopyta muskają policzek i włosy.

Nagle myśl: „Aga! Puuść te wodze!”
I otwieram palce lewej dłoni. Uwolniony koń pędzi przed siebie, a ja leżę na ziemi, mając nadzieję, że pobiegnie prosto do stajni.

Postękując, twardo wstaję.

Dzwonię do kolegi: „Wyjdź szybko przed stajnię koń biegnie ja idę zaraz będę złap go!”

W duchu proszę, żeby tylko nikomu nic się nie stało.

Idę, pierwsze kroki stawiam dziarsko, a każdy kolejny coraz wolniej, odczuwając przeszywający ból w lewym ramieniu, lewym boku, okolicach obojczyka, plecach, lędźwiach, w lewej ręce.

Na 30m przed Ośrodkiem zaczynam bezgłośnie wyć. Boli mnie każde wychylenie poza perfekcyjny pion. Dotykam drzewa.

Usiąść? – nie!
Ból jest nie do wytrzymania.

Iść nie mam siły!

Bezradnie szukam otuchy: „Jeszcze kawałek”.

Zagryzam zęby i stawiam kolejne tip-topy. Byle do windy.

Mijam recepcję, wjeżdżam na piętro. Umorusana, staję w drzwiach sali rehabilitacyjnej. Widząc pytający wzrok kolegów po fachu, płaczę jak dziecko.

W mgnieniu oka, zostawiając na chwilę podopiecznych, są już przy mnie. Czuję pewny chwyt na rękach i nogach, słyszę „Na dwa” i mięękko ląduję na materacu. Co za uulga.

Nie booli!

(…)