Dzień dobry. 
Z tej strony Agnieszka Kaźmierczak.

Miło mi, że tu jesteś!

motyl rusałka pawik na godz. 7.00

Chcę pracować po swojemu!

mam-6-lat-i-dopiero-dużo-później-usłyszał-o-mnie-świat

Ale zanim tak postanawiam, to najpierw jestem:

  • Ciekawskim dzieckiem Natury – dzieciństwo spędzam wśród łąk i lasów. Przedrzeźniam się z echem i łażę po drzewach jak kot.

  • Upartą nastolatką, która wbrew wszelkim zaleceniom i lamentom nauczycieli kończy zamiast Liceum Ogólnokształcącego, to Technikum Odzieżowe. Uwielbiam szyć!

  • Skrupulatną studentką pedagogiki specjalnej na UAM w Poznaniu, która by móc wyjechać do Francji, w czasie gdy internet w świecie raczkował, realizuje 2 lata w jednym i z magisterką wyrabia się w terminie.

  • Hipoterapeutką z zakończonym pewnym rozdziałem pracy w tym temacie, za to głową pełną kolejnych planów.

  • Pedagożką ze swoją wizją pomagania dzieciom, której bywało z tym pod wiatr.

  • Terapeutką wspierającą wrażliwość, w pierwszej kolejności swoją.

Dzisiaj pomagam kobietom wrażliwym lepiej się rozumieć i prawdziwiej żyć, nawet jeśli w działaniu kręcą się w kółko.

Jestem terapeutką i pedagogiem specjalnym – POROZUMIENIOWYM. W taki sposób myślę o sobie od kiedy poznałam Komunikację Serca.

To ona pozwala mi jeszcze skuteczniej budować mosty tam gdzie relacja drży w posadach, a ich właściciele opadają już z sił. Od ponad 20 lat jestem też blisko dzieci o szczególnych potrzebach rozwojowych. I nieustannie wzrusza mnie ich odzyskany uśmiech, wola życia albo łagodność, po tym jak z różnych powodów bywa im niezwykle trudno.

Moim hasłem przewodnim jest: “U/Słyszeć siebie” bo głęboko wierzę, że dzięki usłyszeniu najpierw siebie, dzięki jasności o co nam chodzi, stajemy się prawdziwi i autentyczni dla relacji z drugim człowiekiem. To jest coś co łączy małych i dużych.

Moja droga zawodowa jest długa, kręta, burzliwa i wciąż zgodna z rozwojowym refrenem.

Chcę pracować po swojemu...

to determinacja, która wybrzmiewa jak w postanowieniu:

Tak! Skoczę na bungee!

W 2007 roku rejestruję jednoosobową działalność gospodarczą pod nazwą "EQU-T.A.C.". Pozostaję na etacie i z pasją prowadzę hipoterapię już według własnych standardów. Dzieci wbrew diagnozie, na specjalnie przystosowanych do swoich potrzeb wózkach żwawo przebierają i tupią nóżkami, by jak najszybciej przybyć na kolejną sesję. No i w stajni smakowicie chrupią marchewki dotąd omijane ze wstrętem. Skoro koń to i ja. Rodzice nie dowierzają. Magia!

Niestety ból w sercu, bo wciąż nie mam swoich koni. Współpraca ze stajniami układa się różnie. Obijam się o kolejne miejsca jak o ścianę poznańskiego tramwaju końca XX wieku, którym to właśnie jadę! Szarpie nim na każdym zakręcie i złączeniu szyn. No ale jadę! Mam cel. Trochę się boję, bo co jeśli ekipa od bungee właśnie dziś popełni swój pierwszy błąd?

Tymczasem w firmie jestem już na wyższym poziomie. Kończę szkołę psychoterapii i nauczycielskie wizyty domowe u podopiecznych wyglądają coraz sensowniej. Bystro dostrzegam cichych sabotażystów wyzwań, nad jakimi pracujemy razem z rodzicami dzieci. Proponowane im rozwiązania zabezpieczam tak, jak właśnie moje ciało panowie od skakania. Najpierw robią wywiad, zapinają system szelek i dopiero potem gumę, która energicznie wyniesie mnie w przestworza nowej siebie.

O ile nie wycofam się.

A różne myśli jak w drzwiach obrotowych na przemian tłoczą się, a zaraz potem odchodzą. To w ich rytm oddycham i co po chwila przełykam ślinę. Każdy ruch instruktorów obserwuję uważnie jak sokół ziemię przed lądowaniem. Ufam, bo w tym co robią widzę spokój, pewność i wprawę. I przecież wciąż mam ze sobą wolność. W każdej chwili mogę zrezygnować albo uznać, że to nie dla mnie. Ale czuję, że jest wprost przeciwnie.

Decyzja i jedziemy w górę!

Zmieniam nazwę firmy na Systemowe Wspieranie Rozwoju „Kropla” i zgodnie ze swoją misją, trudności klientów rozwiązuję u ich źródła. Niektórzy mówią, że czasem mogłabym już odpuścić, a ja drążę dalej jak ta kropla skałę. Bo wiem, że tylko wtedy będziemy świętować ich upragnioną zmianę.

Koszyk dźwigu skrzypi, nabiera wysokości, a szeroki horyzont budzi w moim sercu nowe apetyty. Lot szybowcem...
kiedyś...,
po czym nerwowo uśmiecham się, bo wiem, że dzisiaj wystarczy nieopatrzne spojrzenie w dół i zjadę. Z kretesem! Wycofam się jak spłoszona sarna. Oddycham miarowo i uważnie. Pilnuję, by patrzyć tylko przed siebie. Perspektywa lotu ptaka na sprawy codzienne rozjaśnia splot powiązań między zdarzeniami, okolicznościami, decyzjami. Uwalnia i zobowiązuje.

Popadam w zadumę, a równolegle do tego pan otwiera bramkę platformy i upewnia czy wciąż chcę to zrobić. Drażni mnie, bo trafia w guzik zwątpienia. A on dalej: "Nie tacy odważni rezygnowali. To żaden wstyd." Chcę coś powiedzieć, biorę wdech, ale zanim go kończę, w uszach już mam brzęczenie nie moich słów: "Poczekaj! Gumy się poplątały." Tną mi skupienie tak precyzyjnie, jak Winnetou powietrze swoim tomahawkiem.

Czuję, że mi się przelewa. Nie wytrzymam ani chwili dłużej tej niepewności i napięcia. Zaraz się rozpłaczę. Nadmiar trudnych i skrajnych emocji przepycha się z determinacją i to ona sprawia, że w sekundzie moją głowę wypełnia nieznana mi dotąd próżnia. Reszta ciała jeszcze tego nie wie i umęczone ekstremalnym napięciem dalej cofa prawą stopę, jakby mówiąc mi, że...
Nie dam rady!

Się wycofać...
Nagle!
Wstępuje we mnie moc i energia, a myśli wracają jak udręczeni maratończycy.
Przypominam sobie, po co tu jestem. Siła i ufność zdecydowanym ruchem naprowadzają stopę z powrotem na krawędź. Jak przez tubę słyszę: "Skacz na głowę nie na nogi, a potem jego jeden, dwa iii trzyyyy!" Rozkładam ręce, pochylam się i odrywam od podłoża. Odchodzę z etatu. Wiem też, że słowo „system” w nazwie firmy psuje mój plan. Potoczne skojarzenia raczej odpychają niż zachęcają do kontaktu ze mną. Mało kto pamięta, że system to każda rodzina, przedszkole, szkoła, praca, kumple. Naturalna współzależność. Lecę, a może spadam?

Nieważkość, dobrostan. Chwilo trwaj...
I dokładnie w tym stanie, bez żadnego uprzedzenia guma naciągnięta do granic, bez pardonu podrywa mnie w górę jak mistrzowsko kopniętą piłkę. Jest mi niedobrze, a nawet boli. Tracę rezon.
Poturbowana, przeciążona rozmaitością projektów i próbą godzenia swoich ideałów z prawami działalności gospodarczej, postanawiam skoncentrować się na wspieraniu kryształowych dzieci. Tak bardzo lubię, gdy ich oczy błyszczą milionem gwiazd. Widziałam to wielokrotnie.

Elastik, na którym przez chwilę zawisł mój los uspokaja się i buja coraz łagodniej. Odwrócona głową w dół widzę gapiów mocno trzymających za mnie kciuki. Z trudem, wbrew prawom grawitacji połykam dławiące wzruszenie. Koszyk dźwigu schodzi w dół. Równomiernie pod nim ja. Instruktor delikatnie chwyta moje nadgarstki i układa mnie na miękkim materacu. Odczuwam ulgę i satysfakcję. Słyszę życzliwe choć kontrolne: Jak się nazywasz?

Uśmiecham się i łapię błysk naszych spojrzeń. Wiemy, że mam już nową pewność siebie i że to miało sens. Zmieniam nazwę firmy i od 1 czerwca 2018 r. zapraszam do "Usłyszeć, by Zrozumieć Autyzm - pracownia komunikacji empatycznej - Agnieszka Kaźmierczak”. Pomagam rodzicom, najlepiej jak umiem, zobaczyć sens tam, gdzie go nie szukają tak, by dzieci miały ich silne wsparcie. Ale na to przychodzą kolejne wyzwania. Na początku 2020 roku cały świat zalewa pandemia koronawirusa COVID-19. Tak jak inni, ja też staję w obliczu chaosu informacyjnego, koniecznych przekształceń i wielu niewiadomych.

Jednego jednak jestem pewna. Nastał czas relacji, nowych i/lub odzyskanych między nami wszystkimi. Relacji nowej jakości. Podejmuję kolejne działania i w trybie przyspieszonym, w stosunku do wcześniejszych planów, na coraz szerszą skalę pomagam kobietom wrażliwym lepiej się rozumieć i prawdziwiej żyć, nawet jeśli w działaniu kręcą się w kółko.

Skan_20190328
Dla mnie budowanie relacji z samą sobą czy z innymi jest jak wędrówka szlakiem górskim, który czasem koi, a czasem nie rozpieszcza. Nawet jeśli go znam, to za każdym razem widzę i przeżywam inaczej. Wciąż dostarcza mi nowych wyzwań i satysfakcji. Czasem daje lekcję burzy, wichury, a zdarza się, że i kontuzję, ale to znamy chyba wszyscy. Wiem, że przy odrobinie dobrej woli poszukanie porozumienia, nawet jeśli bywa trudne albo boli, to jest możliwe i to w taki sposób, że strony zachowują swoją pełnię i wolność. Dla mnie to jest niezwykłe i chciałabym, żeby świat tak właśnie funkcjonował. Wizjonerskie?
Trochę tak, ale, jak każdy zacznie od siebie, to efektem motyla tak się właśnie stanie. Kiedyś!

Jeśli chcesz wejść na tę ścieżkę ze mną, to zapraszam Cię do społeczności kobiet wrażliwych, dla których oczywiste jest, że kontakt budują słowa mniej niż intencje.

Aby to zrobić, kliknij >> TUTAJ <<