Pomagam kobietom wrażliwym lepiej się rozumieć i prawdziwiej żyć, nawet jeśli w działaniu kręcą się w kółko.

Nie wyszło.

Brak księgowego na etacie Fundacji,

jest,

jak chroniczny ból brzucha.

Marzec 2018 roku. Czas pierwszego sprawozdania. Miotam się od przepisu do kolejnego wraz z nowymi interpretacjami i wiedzą inną, od skrzętnie dokonanych zapisków w notesie, 2 lata temu.

Jak to możliwe, że dziś, jestem właśnie TU?

Przecież od pierwszych chwil pisania Statutu, w marcu 2016r. jestem uważna na wszystkie zobowiązania jako przyszłej Prezeski. Z przejęciem równym dziecku, malującemu pierwszy obrazek, wymarzonymi kredkami, notuję w punktach, o czym trzeba pamiętać i w jakim terminie.

I dziś?
Jeszcze nic nie zdziałałam, a już grożą mi kosmiczne problemy. Podobno nawet mandat.

Zastygam w bezruchu, zadumie. Nie wiem co powiedzieć.
Próbuję myślami objąć początkowy entuzjazm i aktualną stagnację.

Nagle! Z prawej strony głowy, słyszę myśl – jak gong: Aga!

I ciiiiszaaa, dłuuugaaaa jak ta, Wisła.

Aga! Masz nierealistyczne wizje.

Żeby działać, tak jak sobie wymyśliłaś, musisz mieć sztab prawników i księgowych, którzy utrzymają je w twardych realiach polskiej ekonomii.

I to na JUŻ!

Hmm, czy inni próbowali mi to wcześniej powiedzieć?
O ja! Uparta jak ta koza! Jak nie spróbuję to nie odpuszczę. No i mam teraz.

Zupełnie nieoczekiwanie dla mnie wkrada się dużymi, literami:

L I K W I D A C J A.  Brrru
Przez całe ciało przechodzi dreszcz zdegustowania, wzdrygam się. Chociaż jest w tym też coś innego. Jakiś powiew rozsądku. Nie wydaje się to ani głupie, ani bez uzasadnienia. Szybki e-mail do Asi Wiceprezes, kolejne rozmowy, że może jeszcze tak albo inaczej, jednak ostatecznie jesteśmy zgodne. Likwidacja Fundacji.

Oznacza to czas układania, jak w bukiet polnych kwiatów, tego co nas, tak niedawno w działaniu połączyło, umocniło, pokazało nowe ścieżki, a równolegle, podjęcie prawnych kroków, wynikających z gąszczy niejasnych przepisów.

Z jednej strony ciężko i żal, a z drugiej ufność, że to dobre rozwiązanie.

Sarkastycznie mówię, że rozczarowania nie otrzymywaniem dotacji na kolejne projekty, właśnie okazują się zbawienne. Będzie łatwiej.

Pamiętam, jak odbierałam założycielski Akt Notarialny. Ręka drży, łzy wzruszenia lecą ciurkiem. Niby mi głupio, bo jak tak w Urzędzie?

Ale dziarsko podaję notariuszowi szczęśliwą, trzęsącą się dłoń i między oddechami, przez gardło, przeciskam:

„Wie pan, ja 10 lat przymierzałam się do założenia Fundacji i teraz to już prawie jest.”

Hmm,

wzdycham, kąciki ust układają się w uśmiech. Było wtedy ciepło, czerwiec, miałam na sobie długą, zieloną spódnicę, taką w stylu „dzieci kwiaty”.

No ALE!
Nie każdy kwiat zakwita?

Czas iść inną drogą.

Marzenie o Ostoi Wolnych Koni, jako miejscu szczególnego doświadczania empatii, zabieram dalej.

Nie ma rzeczy dobrych ani złych samych w sobie, a najważniejsze to U/słyszeć Siebie.

Tak będzie!…

Maleńka, czemu nie jesz? 
20 letnia klacz Iskra, podkurcza lewą, tylną nogę inaczej niż zwykle i zastyga. Znam to! O nie!

To podmuch śmierci. Stoję jak sparaliżowana, jak wtedy, u schyłku 11 stycznia 2018r. Nie! Nie! Ale oczy same zachodzą łzami. W ustach sucho, a gardło zaciska metalowa sprężyna. Nieobecny puls w skroniach, ścisk żołądka, a do rąk jak szczepionka, próbuje dostać się bezsilność.

Ale dziś jest inaczej. Dziś jest zespół. Razem ratujemy konie – trenerów empatii.

Naagle! Świst.
Do głowy, jak strzała, wpada: „Trzeba działać szybko!” Robię wydech i napinam mięśnie. Koncentracja i pełna gotowość. Wszystkie leki podane, a koń ledwo stoi na nogach. Co jest? Zaraz się położy? Odsuwam myśl, że wtedy już nie wstanie, choć jedyny w Ostoi Wolnych Koni, boks – dla rekonwalescentów ma wszystkie zabezpieczenia.

Widzę, jej opuszczoną głowę, wcześniej bystre oczy, teraz zdaje się wsłuchane w ból. Zbliżam dłoń do jej brzucha, ale odwraca głowę i kładzie uszy. Natychmiast daję krok w tył: „O.K. Rozumiem, nie chcesz teraz dotyku.” Jak ci pomóc? Czemu to nie ustępuje?

Dzwonię na dyżurkę, weterynarz przybiega i w mgnieniu oka podaje zastrzyk, ten silniejszy.

Siadam na kostce słomy, jak wtedy, w leśnej, mroźnej stajence u mojej Frydzi. Nikt nie mógł tamtej nocy do nas dojechać. Próbowała wstawać kilka razy. Chciałam móc więcej. Noc odmierzają jej podrywy i słabnące oddechy. Szacunek i godność chwili, wybija bezdyskusyjne:

„Życie i śmierć to dwie strony tego samego medalu.”

Zostaje cisza i czas.